Żmija vs. Merry Christmas (jeszcze tu wrócę)

28 Gru

Jutro o 17:05 wylatuję z JFK. I wcale, ale to wcale mi się to nie podoba. Koniec Kaś w USA, przynajmniej chwilowo, ale bloga nie zamykam: za dobrze się bawię pisząc go. Jeśli Wy, kochani czytelnicy, również – linka znacie.

Amerykański uśmiech ćwiczony od najmłodszych lat

Amerykańskie święta były bardzo, ale to bardzo ciekawe. Spędziłam je u rodziny mojego przyjaciela w Agawam niedaleko Bostonu, w tradycyjnym nowoangielskim domu, z choinką i świątecznymi dekoracjami w ilościach przemysłowych. Byli krewni i znajomi w wieku na oko od lat 2 do 92, Mikołaj, który rozdał dzieciom prezenty, pieczona szynka i lazania (rodzina ma włoskie korzenie), kolędy z radia, polityczne dyskusje oraz dostatecznie dużo alkoholu, by przetrwać to wszystko. I tam je się na stojąco, nie ma tradycji wspólnego stołu, od którego wstaje się dopiero wtedy, kiedy wątroba mówi dość, a perspektywa wbicia się w sylwestrową sukienkę wydaje się boleśnie odległa.

Święta w Agawam

Trochę tęskniłam – no może nie za karpiem, same ości i śmierdzi mułem – ale za pierogami, i barszczem, i kapustą z grzybami, i łososiem dla tych co nie lubią karpia, i maminym sernikiem, i łamaniem się opłatkiem, i Kevinem samym w domu tuż po Szklanej pułapce, i prawdziwą choinką – ale poza tym pierwsze w życiu święta poza domem były wspaniałe.

Święta w Agawam

Wiele rzeczy podczas ostatnich czterech miesięcy robiłam pierwszy raz w życiu, i większość z nich była, nieskromnie mówiąc, fantastyczna . W profilu na couchsurfing.org jest rubryka: najwspanialsza rzecz, którą widziałaś czy zrobiłaś. Trochę mi się zebrało, a że pora na moje podsumowanie:

– widziałam Brooklyn o świcie, kiedy niebo jest absurdalnie złote, nocny Manhattan z Top of the Rock, łunę świateł nad Vegas, absurdalnie malowniczą „jedynkę” nad samym Pacyfikiem, księżycowy krajobraz wokół Lake Isabela, wbijającą w fotel Dolinę Śmierci i bagna Luizjany;

I znów amerykański uśmiech

– jechałam na stojąco w kabriolecie w LA, przechodziłam z przedniego siedzenia na tylne pędząc na autostradzie (musiałyśmy mieć ten widok, a kamera była w bagażniku) w San Francisco, filmowałam bagna siedząc podczas jazdy na oknie drzwi pasażera (a Kasia nawet nie użyła mojego mastershota!), no i prowadziłam samochód po raz pierwszy od 10 lat, na autostradzie – i nas nie zabiłam!

– strzelałam z magnum 44 i zaliczyłam bullseye z glocka;

Żmija zwiedza Boston

– zrobiłam cztery materiały telewizyjne. No dobra, zrobiłyśmy;

– trzykrotnie usłyszałam oświadczyny;

– trzymałam w ręku żywego kraba i dotykałam pływającego rekin(k)a;

– chodziłam na wykłady na Columbię;

– dostałam prywatny koncert w Upper East Village;

Wlazłam na samą górę. 294 stopnie. Wciąż mam zakwasy

– spałam w hippisowskiej komunie w Oakland, queen size bed w LA, materacu w Las Vegas, łóżku w San Francisco, piwnicy w DC, na kanapie w Houston;

– spróbowałam indyka na Święto Dziękczynienia, aligatora w Lake Charles, homara w Bostonie, ostrygę smażoną w głębokim tłuszczu w Nowym Orleanie i biscuits with gravy w Las Vegas. Te ostatnie były najmniej zjadliwe;

– nauczyłam się znośnie obsługiwać kamerę, zawsze włączać mikrofon, przeładowywać pistolet, spać w każdych warunkach, pisać w każdych warunkach i ufać obcym ludziom (o ile mają same pozytywne rekomendacje);

– zaliczyłam Disneyland, Pulaski Day, koncert Kazika na Greenpoincie i amerykańską służbę zdrowia;

– tańczyłam na 6 Alei i biłam się na miecze świetlne na Washington Square

– jechałam Chińskim Busem Śmierci, vanem z czaszką z przodu i pontiakiem z 1959

Podsumowując, przez te cztery miesiące bawiłam się jak nigdy w życiu. I zamierzam wrócić do USA, żeby to – co najmniej – powtórzyć.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Cała prawda, czyli czego nie pokazałyśmy

22 Gru

Duuuzy drink...

Kasia
To już koniec Kaś w USA.
Żmija
W liczbie mnogiej. Ja wciąż jestem i wybieram się na rodzinne święta do Bostonu, więc indyka na pewno opiszę.
K.
Dziękujemy wszystkim, którzy zdecydowali się dodać naszą stronę do swojego dziennego Riders Digest. Tuż obok Pudelka i Plotka – tak strzelamy. Ponieważ tak chętnie czytaliście i oglądaliście polukrowane babeczki… to teraz czas na wasabi. Czyli całą prawdę.
Ż.
Kto strzela, ten strzela… Moim zdaniem głębia naszych analiz oraz jakość zdjęć sytuuje nas gdzieś między Le Monde Diplomatique a National Geografic. Ewentualnie Z kamerą wśród zwierząt.

Poniżej podsumowanie naszej podróży na dwa głosy i zdjęcia, których nie miałyśmy zamiaru nigdy pokazywać. Ale co tam – my nie pokażemy?

CAAAAŁA PRAWDA czyli za co kochamy Kalifornie

Najlepszy stan

Ż: Kalifornia. Bezkonkurencyjna. Niebo błękitne nade mną (co do prawa moralnego we mnie, może niekoniecznie), oszałamiające krajobrazy jak tylko się wyjedzie z miasta, tanie awokado, wyluzowani ludzie, no i ten zapach zioła w powietrzu!

Kasia i lokalne ptactwo

K: Kalifornia, Kalifornia, Kalifornia! Nie ma znaku zapytania. Nie ma chwili wahania. I nie chodzi tylko o magiczne San Francisco. Jego strome uliczki i zapierający dech w piersiach widok z Twin Peaks. Nie chodzi też o Los Angeles o stu twarzach. Od błyszczącego Hollywood, błękitną Venice Beach przez Santa Monica, po szarawe ale wciąż urocze przedmieścia. Nie chodzi też o winiarnie, wielkie domy czy wszechogarniający zapach marihuany. Kalifornia to dla mnie przede wszystkim droga numer jeden. Każdy zakręt tej wąskiej trasy kryje magiczną niespodziankę. Czy będzie to wyspa z małym domkiem na szczycie, czy strome zbocze porośnięte dziwacznymi roślinami przypominającymi zboże. Te wszystkie widoki – i każdy z nich z osobna – są numerem jeden!

jak wiało

Najgorszy stan

Ż: Teksas. Nudy, panie, nic się nie dzieje, płasko jak naleśnik lub Mazowsze, pełno fabryk, a jak nie fabryk, to szarawych miasteczek i ciągnących się kilometrami malli. Krainę kowboi to ja sobie wyobrażałam westernowo, tymczasem western dostałyśmy na drogach między Kalifornią a Newadą. San Antonio było ładne, i to właściwie tyle.

tia... cala prawda... o sesji w Dolinie Śmierci

K: Narażając się na gniew Amerykanów – wybieram Teksas. To jedna wielka fabryka. Drogi łączą tylko kolejne miejsca wydobycia ropy, fabryk rozmaitych z wielkimi kominami. Ci, którzy tu mieszkają, właśnie w nich pracują. Albo mają rancho. Albo mają majątek i nie robią nic. Zamiast równin, na których tylko dzikich koni brak, otrzymałyśmy szarawe podwarszawskie klimaty polno-leśne. Wielkie rozczarowanie. Miasta mają więcej gwiazdek w rankingu.. ale stanu nie ratują.

Najgorsze miasto

Ż: Bakersfield. Pół roku upał, drugie pół mgła. Miasto strasznych przedmieść i jeszcze straszniejszych malli, bez centrum, bez knajp, bez niczego, zamieszkane przez ludzi, którzy nie ruszają czterech liter poza dom, choć w odległości godziny drogi mają absolutnie przepiękne, księżycowe momentami krajobrazy. American Nightmare.

jupiii

K: Stolica USA – Waszyngton. To miasto tak majestatyczne, tak dostojne i czyste, że sprawia wrażenie planu do filmu o ataku kosmitów. Tuż po tym jak zabili wszystkich ziemian. Środek dnia. Środek tygodnia. A na ulicach pusto. Wielki budynek, park, monument, park, biały (mały) dom i… park! Honor miasta ratują dwie małe uliczki imprezowe, które bardzo przyjemnie nie pasują do reszty.

POLSKIE piwo w NY

Najlepsze miasto

Ż: NY, ale San Francisco dogania. O Nowym Jorku dość się rozpisałam, a co do San Francisco, to naprawdę chciałabym tam trochę pomieszkać. Przyjazna użytkownikowi architektura, te niesamowite wzgórza, Pacyfik za rogiem i strasznie fajni ludzie, których to wszystko przyciąga.
K: Nowy Orlean. Za wszystko o czym pisałyśmy w poprzednim poście. Za muzykę. Za ludzi i klimat.

Najlepsza impreza

Ż: Halloween Parade na 6 Alei. 2 godziny tańca na ulicy do niezłej klubowej muzyki z tłumem zombie i Królewien Śnieżek – nie do pobicia. Poza tym San Francisco, czyli wuwuzele i gejowska dzielnica Castro. Downtown Vegas, największe stężenie hipsterów na metr kwadratowy i pijany wan.

Język Żmiji

K:Los Angeles bije się z Nowym Orleanem. Z jednej strony impreza w gejowskim klubie w mieście aniołów. Z drugiej klasyczny jazz i kilka par tańczących tak lekko… i tak dokładnie, że zachwyt miesza się z zazdrością. W LA tłum, bańki mydlane z sufitu i stripteaserzy na barze. W NO niemiecka gwiazda stepowania pojedynkująca się z muzykami na tempo uderzeń. Dla mnie remis.

Najgorsza impreza

mina numer....error

Ż: Tzw. studencki bar w Houston. Pół godziny szukania parkingu i towarzystwo jak z radomskiego klubu fanów Warhammera. Na plus, piwo za dolara. Uciekłyśmy po jednym. No i pierwsze dni w Vegas, czyli pełna porażka w starciu ze Stripem: byłyśmy zdecydowanie zbyt trzeźwe i miałyśmy zbyt ograniczony budżet, żeby się tam dobrze bawić.

prawdziwe oblicze Vegas

K: Houston! Przyjaciel naszych hostów postanowił zabrać nas na imprezę do baru w sercu amerykańskiego college’u. Jak nie trudno się domyśleć obie odstawiłyśmy się i nastawiłyśmy… na szaloną imprezę w stylu American Pie. Przyjeżdżamy do Rice University. Przyjemny campus. Dużo przestrzeni. Prowadzone przez naszego przewodnika – 45 latek, który kiedyś budował mosty a teraz jest dumnym bezrobotnym – wkraczamy do baru… Zmysły pracują… Niestety głównie ze względu na wszechogarniający smród. Pot, rozlane piwo… trudne do określenia. Przy barze 4 osoby. Średnia wieku 35. Chcemy uciekać. Porozumiewając się językiem ciała ustaliłyśmy limit jednego piwa. Piwa za jednego dolara – co warto zaznaczyć. Kiedy wyszłyśmy na powierzchnie poznałyśmy jeszcze kilku znajomych naszego „znajomego” – również dumni bezrobotni. Zamiast American Pie miałyśmy American Middle Age/Class Drama. Wciąż nie wiemy gdzie byli wtedy studenci?!

Najlepszy drink

Kasia i mycie samochodu... kto by pomyslal

Ż: Johnny Walker Blue Label u hosta w LA. Poezja. Mam niejasne wrażenie, że przez dwa dni poszedł cały, a nikt oprócz mnie specjalnie whiskey nie lubi… Ciekawe były też pimmps w Napoleonie w Nowym Orleanie.
K: Stanowczo drinki naszego hosta Joe z LA. Shoty z pięcioma warstwami. Idealny biały rusek. Margherita. A to tylko pierwszy dzień! Jeśli mam wybrać jeden konkretny drink… stanowczo Jaggerbomb. Czyli red bull i kieliszek Jaggermeistera robiący chlup. To shot na miarę klapsowej ruskiej heroiny!

Najgorszy drink

tak wyglada cale zdjecie...

Ż: Huragan na Bourbon Street. Słodkie jak ulepek, z rumem który ja średnio lubię, w plastikowym kubeczku. No i margharita z wieży Eiffla z Vegas, nalewana z kranika – nie dało rady tego wypić.
K: Hurracaine. Nowy Orlean. To najsłynniejszy lokalny barowy przysmak. Veni, vidi… ale nie… za słodkie, cukierkowe, niesmaczne, o kolorze landrynki.

Najlepsze jedzenie

Bakersfield

Ż: zupa z owoców morza w tajskiej restauracji w mallu w Bakersfield. Serio! Dobre były też słynne kanapki u Ike’a w San Francisco, restauracja Beaver’s w Houston, żydowska kanapkarnia Steiner’s w Nowym Orleanie i etiopskie żarcie w DC. W Nowym Jorku lubię Mamoun’s falafel – naprawdę, to co w naszych kababowniach sprzedają jako falafel, to jakiś smętny przypalony zgryzek w porównaniu z nowojorskim – i wegańską pizzerię Viva naprzeciwko Instytutu Piłsudskiego.

wlazł kotek...

K: Najlepszym posiłkiem jaki zjadłyśmy w USA była zupa z owocami morza…. zakupiona w tajskiej knajpce w centrum handlowym w Bakersfield. To miasto, do którego się nie jedzie, jeśli nie ma się specjalnego interesu. W szkołach mają dni mgielne – kiedy nie można bezpiecznie dojechać na zajęcia… Tu słońce świeci tylko czasami. Domy są tanie. Bary tylko w centrach handlowych – tuż obok Wall Martu. Ale zupa była niezwykła. Idealny wywar. Pikantny. W środku taniec krewetek z kalmarami. Tuptają też małże i ośmiorniczki. Wszystko duże i świeże.

Najgorsze jedzenie

jedzonko

Ż: półmisek owoców morza dla dwóch osób na przedmieściach Nowego Orleanu. Rzeczone owoce były smażone w głębokim tłuszczu, łącznie z ostrygami, a rozmiar półmiska był taki, że wzięłyśmy 2/3 w doggy bag. No i gumbo w Lake Charles, jakaś masakra, sama sól i dwie smętne krewetki.
K: Mam nadzieję, że Rob i Destiny się nie obrażą… ale … bisquits with gravy – czyli lekko słodkie bułeczki, na nich smażone jajko… na tym gravy – czyli coś tak obrzydliwego, że na samą myśl robi mi się niedobrze. To sos… z kawałkami grzybów?! śmietany? mąki? Zupełnie nie pasuje do słodkich bułeczek i jajek… Nie będę pisać więcej… Przepraszam… ale nie mogę… bleh!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Stacja końcowa Nowy Orlean

21 Gru

Pan i Pani Mikołaj


Kasia
Nowy Orlean to miasto, w którym można zamieszkać, wychować dzieci i umrzeć. Tu nawet pogrzeby mają formę ulicznych festynów z muzyką na żywo i alkoholem. Lato jest tu tak gorące, że niektórzy dosłownie uciekają na północ. Inni czekają na zmrok i upalną i lepką noc. Te zdarzają się tu nawet w grudniu. Siedzimy właśnie póżnym wieczorem na ganku w t-shirtach…

Może właśnie przez ale i dzięki takim upalnym nocom, po zmroku Nowy Orlean ożywa. I nie ma tu większego znaczenia dzień tygodnia. Jazz dosłownie wylewa się z licznych barów. Samo przejechanie downtown z uchylonymi szybami to uczta dla uszu.

Nie taka prima balerina


Zaczęłyśmy jednak nie od jazzu… ale od popu. Czyli głównej turystycznej atrakcji Nowego Orleanu – ulicy Bourbon. Tylko raz w życiu można wejść na nią ten pierwszy raz… Tylko raz w życiu można pomyśleć, że właśnie trafiło się na wielkią niekończącą się uliczną impreze. Tylko raz… Neony jak z Vegas. Stripteaserki stojące w samej bieliźnie zachęcające do wejścia… do klubu. Pić wolno… wszędzie. Wszyscy mają więc procentowy take out. Muzyka rozrywkowa dudni.

Skuszone perspektywą kontynuacji imprezy w pozycji przybarnej weszłyśmy do jednego z obleganych klubów. Czar prysł. Klub jak klub. Muzyka jak muzyka… ludzie… jacyś mniej radośni. Mniej dziwaczni i ciekawi. Postanowiłyśmy więc wyjść na ulicę, która tak nas zachwyciła… Niestety, różowe okulary miały już liczne pęknięcia. Wejść na Bourbon można tylko raz. Ci ciekawi, przebrani ludzie… stali się pijanymi turystami. Półnagi mężczyzna przebrany za baletnicę… zbiera na piwo. Koraliki zrzucane z balkonów… są plastikowe…

Frenchman Street


Na szczęście Nowy Orlean posiada też drugą twarz. Twarz ulicy Frenchman. Jazz na żywo w każdym barze. Tu nie ma neonów. Nie ma stripteaserek. Nie ma koralików. Jest muzyka. I prawdziwi ludzie. Z krwi i kości… i szczypty geniuszu. Głos wokalistów onieśmiela. Umiejętności muzyków wydają się być nadludzkie. Pozostawanie w jednym miejscu zdaje się jednak być obrazą dla tych wszystkich, których dziś jeszcze nie usłyszałyśmy. Ulica Frenchman jest jak rzeka. Płynie się z nurtem. Od jednego baru do drugiego.

Bad na trąbce


Znajdzie się nawet port dla jazzoopornych. „Bad” Michaela Jacksona w jazzowej odsłonie powala na kolana… Lider grupy gra na trąbce… i wygląda na Xzibit. Basista jak uczeń szkoły pod wezwaniem Najświętszego. Perkusista kiedy gra… to pali. Saksofonista jest po prostu genialny… i jak się okazuje uwielbia Wrocław 😉 W szczytowym momencie na scenie było 10 osób… w tym trzy trąbki… pełna improwizacja.

nasz host!


Z trąbkami to swoją drogą nie jest takie proste. Naiwnie myślałam, że wystarczy dmuchnąć i pomachać paluszkami na trzech przyciskach. Niestety. W trąbkę się nie dmucha! Tylko… pierdzi. I to właśnie pierdzeniw jest dżwiękiem, który dopiero wtedy można modyfikować wciskając odpowiedni klawisz. Czynność niezwykle skomplikowana. Moja nieudolność była aż przykra…

A „grać” miałam okazję u naszych hostów z Nowego Orleanu… Trafiłyśmy idealnie. Ważą własne piwo. Jeden z nich gra na trąbce… drugi wychodząc na firmową imprezę przebiera się w kombinezon, chowając pod nim cylinder…bo przecież jakoś na rowerze musi dojechać! My dojechałyśmy do ostatniej stacji.. To nie będzie jednak ostatni wpis… każda dobra produkcja kończy się przecież… wpadkami… 🙂

Żmija
Przez trzy dni zastanawiałam się, o co chodzi z tą magią Nowego Orleanu. Miasto jak miasto, ok, jest Bourbon Street, ale wygląda toto jak nieco bardziej gustowny Strip, jest Frenchman Street, gdzie rzeczywiście jazz wylewa się z barów na ulice – ale jakoś to wszystko mnie niespecjalnie porwało. Dopiero gdy w poniedziałek nasz ostatni, zupełnie przypadkowy host, a raczej dwie surferki, które stawiły się tego samego dnia, zabrały nas na prawdziwą nowoorleańską imprezę.
Nie mam pojęcia, gdzie to było, w każdym razie na żadnej z wcześniej wymienionych ulic, ale wreszcie zrozumiałam, dlaczego NOLA jest inna. Grał, oczywiście jazz i swing, zespół, którego wokalistka miała głos jak piosenkarki kabaretowe z lat czterdziestych i była też odpowiednio wystylizowana, podobnie jak połowa dziewcząt na sali. A jak ludzie w tym barze tańczyli! Pozornie bez wysiłku, zmysłowo, idealnie zgrani, i to niezależnie, w jakich konfiguracjach, bo pary się zmieniały. Była w tym jakaś taka, bo ja wiem, dekadencja; pastiszowa dekadencja, bo jeansy i t-shirt to jednak nie suknia i futro – ale to chyba nie przypadek, że ostatni relikt ery jazzu to miasto, które jest skazane na zagładę.
Patrzyłam i zazdrościłam.

Jak strzelałyśmy z 44 i nie zostałyśmy zjedzone przez aligatory

21 Gru

Aligator

– O tej porze roku aligator nawet jak urwie któremuś z państwa rękę, to i tak nie będzie mógł jej strawić. Jest więc szansa, żeby ją odzyskać – zapewnił nasz przewodnik. Dwa gady w wodzie nie wyglądały, jakby miały komuś cokolwiek urwać, a jak już, to bardziej palec. Do forfitera było im daleko, małe były takie, nieruchawe i ogólnie dość rozczarowujące.

Bagna

Przewodnik, jowialny facet po trzydziestce z południowym akcentem i naprawdę niezłym bajerem, przekonywał, że i tak mieliśmy szczęście, że w ogóle jakieś zobaczyliśmy, bo te zmiennocieplne bestie zimę zwykle spędzają w norach, nie jedząc nic i nie wychodząc przez kilka miesięcy.

Nutrie

Poza tym na bagnie zobaczyłyśmy rodzinę dość bezczelnych nutrii – w ogóle się nie bały, choć za ich ogony płaci się jak za skalpy, pięć dolarów od sztuki, bo te szkodniki niszczą bagna – kilka żółwi, z trzy żurawie i to by było na tyle. Aha, no i na oko puste chatynki miejscowych ludzi bagien („o, ta to nadaje się wyłącznie do uwiedzenia krewniaczki”, znów przewodnik). A nieznajomych się tu nie zaczepia i do pustych chatek na odludziu nie zagląda, bo o ile kiedyś miejscowi pędzili w nich bimber i byli dość przyjaźni, teraz zapewne produkują amfetaminę. I nie lubią intruzów.

Chatka, w której "można co najwyżej uwieść krewniaczkę"

Byłyśmy trochę rozczarowane, bo wyobrażałyśmy sobie coś na kształt kombinacji planu „Anakondy” i „Piratów z Karaibów”, ale choć zima w Luizjanie nijak nie wygląda jak nasza (bloga piszę kanapy w ogródku, ubrana w t-shirt, jeansy i tenisówki), to przyroda jest jednak zdecydowanie bujniejsza latem.

Kasia przymierza się do magnum

Po bagnie poszłyśmy na strzelnicę. Zabrał nas tam gość, którego spotkałyśmy dzień wcześniej na gun show i bardzo chciał nam pokazać, jak się strzela. Wyglądałyśmy przy nim dokładnie tak, jak nasz nissan altima przy jego fordzie pickupie F-series, ale facet był szalenie poczciwy. Wziął też ze sobą własną broń: magnum 44, dwa mniejsze rewolwery i glocka, cobyśmy miały pełny przegląd.

Żmija strzela

Zaczęłam od magnum 44 (size does matter), bo co, ja nie strzelę z magnum? Pamiętając wiekopomny klip „girl owned by a desert eagle”, ujęłam spluwę Brudnego Harry’ego w obie dłonie, wyprostowałam ręce i strzeliłam. No i zrozumiałam, co oznacza, że broń kopie. Kopie w dłonie, odrzut może ci nabić siniaki po wewnętrznej stronie. Boli.

... ale to Żmija zaliczyła bullseye. Ktoś chce iść ze mną na strzelnicę w styczniu?

Z mniejszymi rewolwerami poszło lepiej, a glock to już w ogóle poezja. Po pierwszej serii zaczęło mi naprawdę dobrze iść, trafiłam raz w sam środek, sporo dziesiątek, więc zamierzam kiedyś zabawę powtórzyć.

Jeszcze rok temu amerykańska fascynacja bronią wydała mi się absolutnie niezrozumiała. Dalej nie rozumiem, jak można dawać pistolet czterolatce, ale jest coś naprawdę wciągającego w trzymaniu w dłoni, było nie było, śmiercionośnego narzędzia. Trochę jak patrzenie przez krawędź bardzo wysokiego balkonu.

W każdym razie bez strzelnicy z redneckiem nasza amerykańska przygoda byłaby zdecydowanie niekompletna.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Go on, make our day, czyli Kasie vs gunshow

19 Gru

Żmija

Broń ośmiolatki

– Ten mały, różowo-niebieski, należy do mojej czteroletniej córki. Pozazdrościła starszej, która ma własny karabin, i kazała sobie go tak pomalować. Tak, córcia już strzela, siedzi mi na kolanach i strzela – miły pan w bluzie opinającej się na całkiem imponującym brzuchu uśmiechnął się szeroko.

Żmija i magnum

Tylko świadomość, że może widać mnie w kadrze, sprawiła, że szczęka nie opadła mi do kolan. Słyszałam o takich rzeczach. Widziałam je w telewizji. Ale zobaczyć na własne oczy pistolet, z którego strzela czteroletnie dziecko – bezcenne.

Karabinek ośmiolatki też był niezły. Z optycznym celownikiem, nóżkami, w różowo-fioletową panterkę. – So cute – zaćwierkałam (bycie blondynką czasem pomaga). – Nieprawdaż? – rozpromienił się pan. – Tak go lubi, że mimo że z niego już wyrosła, i sprawiliśmy jej większy, nie pozwala nam go sprzedać!

Kasia i AK 47

Surrealistyczna konwersacja miała miejsce na gun show w Nowym Orleanie. Manager, mocno okrągły blondyn z bardzo południowym akcentem, przez ponad pół godziny cierpliwie oprowadzał nas po hali pełnej pistoletów, karabinów myśliwskich i półautomatów, noży, amunicji i ubrań w panterkę, czyli wszystkiego, o czym tylko dusza południowca może zamarzyć.

Gun show

Widziałyśmy polskie automaty przerobione na półautomaty (na automaty, jak nam wytłumaczono, niestety trzeba mieć specjalne pozwolenie), karabiny z II wojny światowej (jeden miał napis „original nazi”, będzie jak znalazł na zebraniu Aryan Nations), kolty podrasowane na westernowe, amunicję na słonie i na czołgi – i przede wszystkim mnóstwo nowiutkiej broni.

American women

Ba, nawet trzymałam w ręku Magnum, takie jak miał Brudny Harry! Jest ciężkie jak jasna cholera, podobno kopie i zostawia w ciele dwie dziury. Jedną, wlotową, o średnicy mniej-więcej ogórka. Wylotowa natomiast ma średnicę sporego melona. Tak przynajmniej twierdził bardzo sympatyczny pan, który nas oprowadzał po swoim stanowisku.

Kasia z kolei dostała do potrzymania AK-47. Własnoręcznie zbudował go syn właściciela stoiska, potężny facet wyglądający jak statysta do filmu American History X, jak się okazało bohater serialu na Discovery „Sons of Guns”.

Kasia i magnum

Ameryka to jednak inny świat. Dotychczas, podróżując głównie po wybrzeżach i nocując u przyjezdnych w Teksasie, ledwo go dotknęłyśmy, ale gunshow na przedmieściach Nowego Orleanu pokazał go w pełnej krasie. Zamieszkują go ludzie w t-shirtach, dżinsach lub bezkształtnych spodniach i koniecznie adidasach. Kobiety mają w nim zeszłoroczną trwałą, mężczyźni – wąsy, a większość – co najmniej lekką nadwagę. Wszyscy są przy tym mili, rozmowni i bardzo dumni z tego, że są Amerykanami i mieszkają w najlepszym miejscu na Ziemi, amen.

Dziś jedziemy na bagna, zobaczyć aligatory (oby). Potem strzelnica.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Gdzie ta franca, czyli Kasie vs. forfiter

18 Gru

Aligator smakuje jak żylasty kurczak. A wygląda na talerzu, no cóż, wcale nie jak aligator, tylko coś, co bydlę już zdążyło przetrawić. Ale ogólnie nie było złe, no i ta świadomość, że wbijasz na widelec forfitera, moczysz go w sosie i zjadasz… bezcenne.

mięso z forfitera


Na forfitera polowałyśmy od rana, jak tylko w Port Arthur z ulgą opuściłyśmy Teksas. Droga była obiecująca – jak tylko wjechałyśmy do rezerwatu, pojawiły się znaki „uwaga, krokodyle na drodze”. Ucieszone z perspektywy zobaczenia prawdziwego forfitera, na żywo, bez krat – poniewczasie zorientowałyśmy się, że nie mamy na to większych szans. Jak wyjaśnili nam miejscowi 24 stopnie Celsjusza to dla forfitera za mało. Przyjechałyśmy po sezonie.

Żmija w paszczy forfitera


To jednak nie zniechęciło nas do dalszych poszukiwań. Ba! Nawet prawdziwego polowania z zanętą. O tą było trudno. Chickena zjadłyśmy po drodze na malowniczej plaży. Musiałyśmy więc improwizować. Kasia R. wybrała patyki. Żmija poszła o krok dalej i znalazwszy skorupę kraba postanowiła w ten sposób zapolować na francę. France w tej okolicy byłe jednak dość oporne. W przeciwieństwie do krabów. Te są wyjątkowo przyjacielskie. Ich ulubionym zajęciem jest oczywiście przybijanie piątki szczypcami w ludzki palec. Wzięte jednak… od tyłu… nagle pokornieją. Co doskonale widać na filmie… proszę OGLĄDAĆ Z DZWIĘKIEM!

Ale wracając do aligatorów… a właściwie gatorów, bo w Luizjanie a jest pomijane… poszukiwania przyniosły skutek. Nie było to jednak przeżycie z cyklu Indiana Jones i aligator morderca… tylko raczej lizanie loda przez szybkę. A konkretnie oglądanie francy zza krat. Forfiter to nie był… Raczej Onefiter. Ale nie zamierzamy spocząć na laurach. Polowanie trwa! Zaopatrzyłyśmy się już w prawdziwego chickena (chciałyśmy złapać jednego tuż przy klatce z aligatorami… ale te ptaki były dziwne) i jedziemy na bagna… Jeśli nie będziemy się odzywać proszę szukać w norze borsuka obok zwłok karła aktora porno!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Houston, mamy problem, czyli broń dostałyśmy dopiero w Luizjanie

17 Gru

Żmija z bronią

– Dawaj dziewczynom broń, bo nigdy w życiu nie miały w ręku – powiedziała nasza hostka do siostry. Kristine, szeroko uśmiechnięta, szczodrze obdarzona przez naturę, zwłaszcza w górnych partiach, trzydziestolatka po minucie wróciła z pistoletem, który następnie mi wręczyła, uprzedziwszy wcześniej, że nie jest naładowany.

– Dlatego nie jest ciężki – dodała hostka. Był ciężki. Szaro-brązowy, idealnie pasujący do ręki, chłodny, ale nie zimny. Wcześniej myślałam, że trzymaniu broni będą towarzyszyć jakieś większe emocje, że zacznę panikować – bo co jeśli w komorze został nabój, a ja naciskając spust przypadkiem kogoś zastrzelę? Albo siebie? Nic z tych rzeczy. Po przeładowaniu poczułam się normalnie jak Brudny Harry.

Kasia i strzelba


Potem broń dostała Kasia. Właśnie sięgałam po aparat, żeby tą wielkopomną chwilę uwiecznić, kiedy dziewczyny uznały, że do zdjęć pistolet jest za mały, i wręczyły nam broń myśliwską. Był to prezent od ich ojca do narzeczonego siostry, obwiązany czerwoną wstążką. Gdybym powiedziała, że był większy ode mnie, to bym przesadziła. Ale niewiele.

Więc mamy absolutnie surrealistyczne zdjęcia z bronią pod choinką. W Luizjanie.

Bo w Teksasie kowbojów z bronią nie znalazłyśmy. W Houston trafiłyśmy do przemiłej azjatyckiej pary – on zajmuje się nieruchomościami, ona jest optykiem, odpowiedzieli na last minute, bo im się mój cytat z Blade Runnera spodobał – która w ogóle to jest z Kalifornii i chce się przeprowadzić z powrotem. Póki co mieszkają w artystowskiej dzielnicy Houston. Rednecków w niej brak.

Bizon z Houston

Są za to bardzo dobre – i tanie – restauracje, niezłe puby i kluby. W jednym z nich – wystrój lata 80, muzyka również – we wtorek kończyliśmy wieczór po drugiej, wracając na piechotę, chyba po raz pierwszy od kiedy wyjechałyśmy z Nowego Jorku, do domu.

W Houston jest też space center, czyli wehikuł czasu, który przenosi prosto do lat 60-tych, kiedy to cały świat kręciły kosmiczne podróże, a kolonizacja Księżyca była w zasięgu ręki. Wszystkie maszyny, które tam wystawiają, łagodnie mówiąc mają swoje lata.

jeden z wielu eksponatów


Do tego era promów kosmicznych właśnie się kończy, Amerykanie muszą transportować sprzęt i ludzi na stację kosmiczną rosyjskimi statkami (i płacą za to dwa razy więcej niż kosmiczni turyści), więc Space Center jeszcze bardziej sprawia wrażenie muzeum dawnej świetności, nie czegoś żywego.

Ale na miejscu spotkałyśmy bardzo miłego pana, który z pasją przekonywał nas, że prędkość WARP jest osiągalna, ludzkość współpracuje po raz pierwszy w celu zbudowania lepszego świata w kosmosie, a w ogóle to live long and prosper.

Trekky


Kiedy powiedziałam, że w tej sekundzie zamieniłabym Picarda, Kirka i jeszcze Spocka na dodatek na jednego Hana Solo, to w jego szczerych błękitnych oczach geeka na chwilę pojawił się błysk, który wcześniej kojarzyłam raczej z inkwizytorami przypalającymi katarów. Do rękoczynów jednak nie doszło, a my następnego dnia rano ruszyłyśmy do Luizjany polować na forfitera.

Wszystko jest większe w Teksasie

16 Gru

Żmija

Konie zaparkowane pod barem

Ulicą jechał kowboj. Prawdziwy kowboj na prawdziwym koniu, normalnie jak z westernu. Drugiego prowadził za uzdę. Zaparkował oba pod barem – czerwone światełka na zadach zostawił włączone – poprawił kapelusz i wszedł do środka.

Większe i z kaktusami

Spojrzałyśmy po sobie. Tyle razy słyszałyśmy, że Austin to nie Texas, że to jak Berlin Zachodni artystów, otoczony przez Morze Czerwone (bo republikańskie) rednecków w pickupach…. jaaaasne. My tam wiemy lepiej.

W Austin wylądowałyśmy w sobotę, prosto z LA. Miało to być łagodne przejście z Kalifornii, krainy liberałów, trawy i muscle beach, do oazy na ziemi ludzi otyłych trzymających broń w domu i jedzących pikantne skrzydełka w ilościach przemysłowych. No i było, w pewnym sensie, choć nie obyło się bez szoku klimatyczno-krajobrazowego.

Żmija na tronie

Choć dalej jest ciepło – piszę bloga w aucie, termometr pokazuje 82 Fahrenheita i zamierzamy się wykąpać w Zatoce Meksykańskiej (ile jest stopni teraz w Warszawie, zastanawiam się?), ale zamiast kalifornijskiego błękitu niebo jest cały czas zasnute chmurami. A poza tym Teksas jest brzydki: płaski, monotonny, szarawy, palm brak; najbardziej przypomina Mazowsze we wrześniu.

Za to na samym wstępie przekonałyśmy się, że tu rozmiar ma znaczenie – chłopak w Hertzu za friko dał nam o klasę lepszy samochód. Najpierw uznałyśmy, że to szalenie miło z jego strony, potem jednak doszłyśmy do wniosku, że najprawdopodobniej po prostu mniejszych nie było.

Kasia na tronie

Bo w Teksasie wszystko jest większe.

No dobra, czy tak całkowicie wszystko, to nie sprawdziłyśmy. Ale na pewno wiele. Samochody (ostatnio mało w nas nie wjechał pickup na podwójnych kołach). Porcje w restauracjach (patrz zdjęcia). Tłuszcz w potrawach – Kasi skrzydełka, czyli tak zwane hot wingsy, spokojnie mogłyby być zupą. No i oczywiście ludzie.

– Musicie przejechać się do Walmartu, to jak wizyta w klinice otyłości – zachęcał Michael, nasz host z Austin, który sam mógłby trochę rzadziej jeździć samochodem, a trochę częściej na rowerze.

Kapitol oblany karmelem

Samo Austin nas trochę rozczarowało. Może dlatego, że było zimno – czyli jakieś 10 stopni C – i ludzie, jak nam wyjaśniła miła pani z genialnego sklepu z gadgetami, siedzą w domu. Jest szósta ulica pełna barów, niektóre rzeczywiście niezłe, jest centrum, nad którym góruje siedziba gubernatora Ricka Perry’ego („Wygląda jak napompowany i zanurzony w karmelu Biały Dom, zasadniczo jedno wielkie fuck you w stronę Waszyngtonu” – znów Michael. Jak dla mnie to bardziej Kapitol), i to właściwie tyle.

Cathedral of Junk

Aha, no i jest jeszcze Katedra Śmieci, trzypiętrowa budowla na podwórku na przedmieściach Austin. To ciężko opisać, to trzeba zobaczyć. Puszki po coli, gumowe kaczuszki, lalki Barbie w różnym stopniu rozczłonkowania, deski surfingowe, parasole, butelki, kapsle, rowery, lusterka, pluszowe misie, druty, motocykle – wszystko co można i nie można sobie wyobrazić. Twórca Cathedral of Junk, bardzo sympatyczny pan, zaczął ją budować ponad dwadzieścia lat temu i trochę mu się wymknęła spod kontroli. Ale przetrwała jego dwie żony („żadna nie chciała mieszkać obok atrakcji turystycznej”), huragany i, acz zmniejszona, interwencję inspektora budowlanego. Oraz kilka ślubów rocznie.

River Walk

Z Austin pojechałyśmy do San Antonio. Byłam święcie przekonana, że to urocze małe miasteczko, do którego Teksańczycy jadą poczuć się dumnie ze swojej Samotnej Gwiazdy (w centrum miasta stoją ruiny ichniejszych Termopil, czyli Alamo, gdzie 200 Amerykanów, w tym Davy Crockett – pamiętacie serial? przez 13 dni broniło się przed kilkutysięczną meksykańską armią) oraz wypić w pięknych okolicznościach przyrody na River Walk.

Bardzo się myliłam, o czym przekonałyśmy się jadąc z prędkością 2 mil na godzinę w gigantycznym korku z centrum na przedmieścia, gdzie mieszkał nasz host. Bo korki w Teksasie też są większe.

River Walk

A River Walk rzeczywiście jest piękny. Rzeka płynie kilka metrów pod poziomem ulicy, a wzdłuż jej brzegów pełno jest barów, restauracji i kawiarni, do tego drzewa nad samą wodą są obwiązane świątecznymi światełkami, więc wieczorem całość wygląda magicznie. Latem, jak nam powiedziano, dodatkową atrakcją są dziesiątki pijanych rednecków wpadających do płytkiej i nie ogrodzonej żadną barierką rzeczki; niestety, w grudniu żaden nie chciał nam zrobić tej przyjemności.

River Walk

Jeff, nasz host, też był specyficzny. Kalifornijczyk (coś nie mamy szczęścia do Teksańczyków, Michael był z Brooklynu) z New Yorkerem na stole zupełnie nie przystawał do sąsiedztwa. Na przewodnika też się za bardzo nie nadawał (poszliśmy najpierw do baru o nazwie Soho, potem do irlandzkiego), więc prawdziwego Teksasu nie doświadczyłyśmy. Ale dzień później miałyśmy być w Houston – tam już na pewno będzie Teksas!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Kasie i psychodelia, czyli jak zwiedzałyśmy Disneyland

12 Gru

Niebo nie jest namalowane

Na fluorescencyjnych grzybkach siedziały zwierzątka i podrygując w rytmie śpiewały piosenki o sielskim życiu w lesie oraz o zajączku, który o mało nie został zjedzony przez wilka. W powietrzu wisiały ule, wokół których kręciły się podświetlone pszczoły, kaczki w pastelowych ubrankach zawodziły, lis przygrywał na banjo, a niedźwiedź kiwał się na boki.

Puchatkowe słodycze

Nie, nie zarzuciłyśmy nic, co można by znaleźć w szufladzie u Timothy’ego Leary. Ale czułyśmy się, jakby i owszem. Disneyland to absolutnie psychodeliczne doświadczenie.

Żmija w Adventureland. Sama wygląda jak mumia

Do Disneylandu pojechałyśmy odnaleźć nasze wewnętrzne 5-latki. Zaczęłyśmy od Adventure Land, czyli jazdy dżipem Indiany Jonesa, co mnie od razu wprawiło w boski nastrój, albowiem wszystkie trzy filmy (na czwarty spuśćmy zasłonę miłosierdzia, jedyne, czym się zapisał w historii, to chwilowe zastąpienie terminu „jump the shark” mniej zgrabnym „nuke the fridge”) uwielbiam szczerze i bezkrytycznie. Potem zaliczyłyśmy Splash Mountain ze wspomnianymi wcześniej zwierzątkami, która rozwaliła nas totalnie. Wjeżdżasz łódką z bala do środka góry i atakują cię śpiewające zwierzęta! I fluorescencyjne pszczoły! Nie wierzę, żeby projektant tej atrakcji nie brał halunków w dowolnej postaci, na absolutnie trzeźwo nie da się czegoś takiego wymyślić.

Dwie gałki, bita śmietana i ciastka, czyli Żmija karmi wewnętrzną 5-latkę.Nawet ona całego nie zmogła

Na tym psychodelia się bynajmniej nie skończyła. W kreskówkach tego nie widać, ale świat Disneya w rzeczywistości, plastikowo-kartonowej, namacalnej, pastelowej rzeczywistości, jest z lekka przerażający. To jak wejście na drugą stronę lustra, do świata, gdzie wszystko jest śliczniutkie, różowiutkie i puchate, ale człowiek się podświadomie spodziewa, że promiennie uśmiechnięta Śpiąca Królewna, która cierpliwie pozuje do zdjęć z dziećmi, w odpowiednim świetle, na przykład księżyca, zmienia się w coś na kształt Gnijącej Panny Młodej. Albo że Goofy’emu wyrastają długie kły, które wpija w szyję Myszki Miki. Disneyland to miejsce z pierwszych 10 stron książki Neila Gaimana lub scenariusza filmu Tima Burtona: niby sielanka, ale wiesz, że zaraz wydarzy się coś Bardzo Strasznego (acz nieprzesadnie krwawego). A parada to już zło absolutne, kicz totalny i polukrowana sacharyna, ale hipnotyzująca – nie sposób wzroku oderwać.

Kubeczki

No i to miejsce dla dzieci, co oznacza, że nie ma porządnych rollercoasterów. Lekko poziom adrenaliny podnosi Space Mountain, poza tym emocji z gatunku ekstremalnych brak. Genialna jest za to podróż żółtą łodzią podwodną – w wodzie – podczas której przez bulaje wyświetlają fragmenty „Gdzie jest Nemo”. To moja ulubiona atrakcja, Kasia wybrała Star Wars, gdzie na ekranie w 3D wyświetlają widok przez szybę statku kosmicznego, a fotele podrygują w rytm częstych podskoków maszyny. No i Świat Przyszłości, gdzie zafiksowałyśmy się dłuższą chwilę przy Kinect, a konkretnie na Fruit Ninja. Kaśka twierdzi, że nabiłam jej parę siniaków na rękach. Przesadza.

Kasia i Michael

No i Michael, czyli pokaz 20-minutowego filmu z lat 80-tych, z pionierskim wówczas 3D, w reżyserii George’a Lucasa (co się objawia chociażby obecnością irytujących pluszowych stworów z długim nosem, na oko prosto z kantyny w Mos Eisley). Michel Jackson jest tam galaktycznym piratem, w teorii Hanem Solo w białym wdzianku, i jakkolwiek ta kreacja może się na papierze wydać egzotyczna, to trzeba dopiero usłyszeć, żeby docenić. Usłyszeć, bo pierwsze słowa, wypowiedziane tym jego okropnym falsetem, posłały nas pod fotele ze śmiechu. Camp w najczystszej postaci.

Wojna Swiatów

Za to Universal Studios wymiata w całości, tylko trzeba się przygotować na zmoknięcie. Podczas pokazu Water World oblewają cię wodą z wiader i sikawek. Podczas jazdy w Parku Jurajskim plują na ciebie dinozaury. Nawet najlepsza zabawa na świecie, czyli genialnie zrobiona iluzja jazdy wagonikiem po rozwalającym się rollercoasterze, kończy się strumieniem wody w twarz.

Szczęki

No i jest jeszcze jazda po samych studiach, gdzie można zobaczyć plan „Szczęk” (kawałek bajora z pomostem. Oraz rekinem), Mumii czy wbijający w fotel plan „Wojny Światów”, czyli samolot, który wbił się w kilka domków na przedmieściach. Przejechaliśmy też przez westernowe miasteczko, które płynnie przechodzi w starożytny Rzym, oraz ulice wiktoriańskiego Londynu, w miarę potrzeb robiące również za Paryż i Nowy Jork. Karton, plastik i sklejka potrafią udawać na ekranie wszystko, nie jest to jakaś specjalnie tajemna wiedza, ale fajnie to zobaczyć na własne oczy.

Psycho Disney Choinka


P.S. 1. Marie zabrała się z nami do Disneylandu i solidarnie wrzeszczała, piszczała i kręciła kubeczkiem, więc zakładam, że bawiła się równie dobrze. Potem zabrała nas do miejsca, gdzie serwują najlepsze burgery na świecie, czyli 50/50 Slater’s. Najlepsze, bo tworzysz je sobie sam, dostajesz kartkę z możliwymi składnikami, i zaznaczasz, co chcesz. Jako bonus nazywasz swojego burgera. Pycha.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Pontiac z ’59 oraz co chodzi po Venice Beach

11 Gru


Żmija

Grudzień w San Diego

– But I don’t want to fuck him, I want to marry him – stwierdziła wyraźnie sfrustrowana Casey dokładnie w tym momencie, w którym wspomniany on pojawił się tuż za jej plecami. Ja aż się zgięłam, Kasia mało się nie udławiła piwem, a nasza hostka Marie zrobiła się czerwona z tłumionego śmiechu. Byłam przekonana, że takie sytuacje się zdarzają wyłącznie w kiepskich komediach romantycznych, a tu popatrz, w życiu też.

Końcówka route 66 - molo w Santa Monica

Casey, przyjaciółka naszej hostki, od miesiąca umawiała się z facetem i nie wyszła poza trzymanie się za rączki, więc we trzy namawiałyśmy ją, żeby coś z tym zrobiła. Na przykład dała się odwieźć do domu. Niestety, po takim wstępie facet najwyraźniej się przestraszył i do, eeee, małżeństwa, nie doszło.

Pontiac

A nasza hostka z LA to strasznie równa babka. Przez pół roku podróżowała z plecakiem przez Australię i Nową Zelandię, teraz mieszka z rodzicami na przedmieściach, w domku jak z katalogu agencji nieruchomości, do tego z… Pontiakiem z 1959 roku stojącym na podjeździe.

Venice Beach

Przywitał nas jej ojciec, częstując winem, przy którym nasze Shiraz z winnicy nagle przestało wyglądać jak dobry prezent powitalny. Potem zobaczyłyśmy jego imponującą kolekcję win – na oko ze sto butelek – w salonie. A potem otworzył barek z whiskey. Szkocką, ale i tak robiła wrażenie. No i dostałyśmy nie kanapę, a pokój gościnny oraz przeprosiny, że nie dwa. A od mamy – szminki w prezencie powitalnym.

Venice Beach z lotu ptaka

Podsumowując, po przygodach w Vegas i mieszkaniu u Roba i Destiny w LA trafiłyśmy do totalnie innego świata. Kasia dodatkowo dostała dużego plusa za zszycie porwanego przez wiatr pokrowca do Pontiaka i w nagrodę zostałyśmy zabrane na przejażdżkę rzeczonym autem.

LA o zachodzie słońca

Doświadczenie z gatunku niesamowitych. To nie jest samochód, to skrzyżowanie czołgu z bardzo wygodną kanapą. Bardzo stylowego czołgu, dodajmy. Skórzane obicia, eleganckie, kanciaste kształty, okrągłe lusterka i tylne siedzenie tak szerokie, że wreszcie zrozumiałam fenomen samochodowych randek w kinie na wolnym powietrzu. No i ta kierownica, duża i cienka, i klimatyzacja wyglądająca jak radio z Koła, no poezja po prostu. Kasia nawet na chwilę usiadła za kółkiem, ja za to rozwaliłam się na tylnej kanapie i obserwowałam drogę, czyli palmy migające na tle bezwstydnie błękitnego nieba. Zimą!

Surfing USA

Jeszcze lepiej wygląda Venice Beach, na której zresztą nakręcono teledysk do naszej ulubionej piosenki. Morza szum, ptaków śpiew, jasny piasek i palmy, California Dreaming po prostu. No i, drogie panie, jakie tam bytują towary! Do tego biegają bez koszulki. I podciągają się na drążkach bez koszulki. I jeżdżą na rowerze bez koszulki. I chodzą po linach, także, zgadłyście, bez koszulki. A jak już czymś okrywają tors, to jest to pianka surfera, którą zdejmują natychmiast po wyjściu z wody. Niestety, w większości wypadków tak się zapatrzyłyśmy, że zapomniałyśmy wyjąć aparatu, więc musicie nam uwierzyć na słowo: najatrakcyjniejsi ludzie świata mieszkają w Kalifornii.

Współlokator naszego hosta z San Diego na dachu swojego domu

A
Kasia i tak najbardziej ucieszyła się z psa palmowego (patrz wideo). Przynajmniej tak twierdzi.

P.S. 1. Więcej o Marie, psychodelii Disneylandu i genialnych Universal Studio w kolejnym wpisie.

Żmija zapatrzona w, hmmm, widok z dachu

P.S 2. Byłyśmy też w San Diego, ale niewiele możemy o tym mieście powiedzieć poza tym, że mają fajną plażę, kiepski Buffalo Exchange i że kupiłam tam sobie wyczajone na wystawie „Making of Gone with the Wind”, A3 w twardej oprawie, z 1986 roku, i wciąż jestem z tego tytułu szczęśliwa jak prosię w błocie. Albo najgrubszy geek w klasie mat-fiz, który zdobył scenariusz pierwszych Gwiezdnych Wojen z poprawkami Lucasa. I rządzi.

Surrealistyczna szopka (gdzie jest Wally?)

P.S. 3. Kasia mi przypomina, że w San Diego jest jeszcze szopka. I to taka, że gdy nam mignęła kątem oka, gdy pędziłyśmy na autostradzie, zjechałyśmy na pierwszym zjeździe, żeby to cudo sfotografować. Śnieżnobiały kościół na tle jaskrawoniebieskiego nieba, a na równie oczoje^^^bijącej w oczy zieleni trawy – Maryja, Jezusek, Trzej Królowie i reszta wyposażenia. W kalifornijskim słońcu wyglądało co najmniej surrealistycznie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.